Camino Português – pierwsze dni drogi
Po ubiegłorocznym, wyjątkowo udanym trekkingu we włoskim Cinque Terre (jeśli jeszcze nie czytaliście relacji z tego wyjazdu, serdecznie zapraszam do artykułu tu), zdecydowałyśmy z przyjaciółką, że takie wyprawy już na stałe zagoszczą w naszym podróżniczym kalendarzu.
W tym roku chwilę zastanawiałyśmy się nad kierunkiem i naszym wycieczkowym celem, aż nagle mnie olśniło – zróbmy choć część Camino de Santiago, średniowiecznego szlaku pielgrzymkowego. Od dawna chodziły mi po głowie szlaki długodystansowe, a przecież zacząć można od testowych kilku dni.
Wszystko kliknęło i w mgnieniu oka miałyśmy plan: tanie loty z Wrocławia, zwiedzanie drugiego największego miasta Portugalii i kieliszek porto w Porto, a potem trzydniową wędrówkę portugalskim szlakiem św. Jakuba. Brzmiało wspaniale!

Jeśli jesteście ciekawi, czy chodzenie 30 km dziennie rzeczywiście okazało się dobrym pomysłem, zapraszam Was na relację z marcowego odcinka Caminho Português.
Do Portugalii wybrałyśmy się z Wrocławia tanimi liniami pod koniec marca 2026 i spędziłyśmy tam cztery i pół dnia. Ostateczny bilans kilometrów, wliczając zwiedzanie Porto, wieczorne spacery po miasteczkach oraz główne dzienne dystanse, wyszedł całkiem zacny – 116 km pieszo po północnej Portugalii.
Równolegle powstał też drugi artykuł, bardziej techniczny i konkretny, w którym zbieram wszystkie praktyczne informacje dotyczące wyjazdu: od lotów i noclegów, przez dokładną trasę, aż po listę rzeczy do spakowania na Camino. Zapraszam tu!
Dzień 1 – Porto na spokojnie
Pierwszy dzień, sobotę, przeznaczyłyśmy na spokojne zwiedzanie Porto. Pogoda nam dopisywała – mimo deszczu i niesprzyjającej aury w tygodniach poprzedzających nasz przyjazd, w sobotę przywitało nas słońce i przyjemna, wiosenna temperatura.
Na mapie Google miałyśmy zaznaczonych kilka punktów, które koniecznie chciałyśmy zobaczyć (głównie ikoniczne miejsca z biało-niebieskimi azulejos), jednak przyznaję bez bicia – przede wszystkim chciałyśmy szwendać się po uliczkach, chłonąc atmosferę miasta, spróbować wreszcie słynnych portugalskich pastéis de nata (pyszne, szczególnie gorące, prosto z pieca!), a wieczorem sączyć porto w Porto, kontemplując melancholijne fado.

Porto od razu zrobiło na mnie dobre wrażenie. To nie jest eleganckie i wymuskane city, raczej portowe miasto ze swobodną, lekko nonszalancką atmosferą i klimatem nie do podrobienia. Jak przeczytałam na jednym z blogów, Porto i cała północna Portugalia nie próbują nikomu się przypodobać, a mimo to, od razu po postawieniu stopy w tym miejscu, czujesz się dobrze, a na duszy robi się ciepło. To zasługa serdecznych Portugalczyków, ale też tego swobodnego, nieonieśmielającego charakteru miasta.
W Porto w ciągu jednego spokojnego dnia udało nam się obejść większość najważniejszych miejsc turystycznych. Spacer zaczęłyśmy od dworca São Bento, słynącego z pięknych azulejos, a następnie, kierując się w stronę Rua das Flores, zeszłyśmy ku rzece Douro. Po zostawieniu plecaków w hotelu (na szczęście nasz pokój był gotowy już od rana) zrobiłyśmy sporą pętlę w górę miasta, aż do kościoła Igreja do Carmo, mijając po drodze m.in. Palácio da Bolsa, Torre dos Clérigos czy Livrarię Lello.
Nie zabrakło też spaceru po słynnym Mercado do Bolhão oraz zachwytu nad piękną Capela das Almas de Santa Catarina (ilości zdjęć i filmów nagranych w tym miejscu nie zliczę!).

Po kilku godzinach, gdy Porto grzało się w promieniach powoli zachodzącego słońca, wędrowałyśmy bez pośpiechu wąskimi uliczkami ku Ponte Luís I, pozwalając, by widoki prowadziły nas krok po kroku w dół Ribeiry, aż dotarłyśmy do mostu. Stamtąd rozciągał się pocztówkowy widok na całą Ribeirę i tonącą w popołudniowym świetle dolinę rzeki Douro.

Kilka minut spaceru dzieliło nas od Jardim do Morro, położonego już w Vila Nova de Gaia, popularnego miejsca zarówno wśród turystów, jak i lokalnej młodzieży, idealnego do podziwiania zachodów słońca. Po krótkim, ale bardzo uroczym spacerze nadbrzeżem Vila Nova de Gaia, znacznie spokojniejszym niż głośna promenada Ribeiry, kupiłyśmy bilety na wieczorny koncert portugalskiej muzyki fado.
Wieczór zakończyłyśmy zgodnie z planem, sącząc porto i słuchając fado, myślami będąc już trochę w kolejnych dniach, dniach Drogi, która od następnego poranka miała prowadzić nas portugalskim Camino.
Dzień 2 – nasze Camino zaczyna się nad oceanem
Matosinhos → Vila do Conde
Następnego poranka miasto powoli ustąpiło miejsca Drodze. Z Porto ruszyłyśmy w stronę oceanu (z centrum podjechałyśmy kilka przystanków autobusem), by w Matosinhos oficjalnie rozpocząć naszą wędrówkę portugalskim Camino, wybranym przez nas wariantem litoral, prowadzącym wzdłuż wybrzeża.

Od pierwszych kilometrów towarzyszył nam szum fal, szerokie drewniane kładki i otwarta przestrzeń, na której łatwo było złapać rytm marszu. Ten odcinek był idealnym wejściem w Camino: bez pośpiechu, z widokiem na Atlantyk, z przystankami na kawę w nadmorskich miasteczkach i z pierwszymi rozmowami z innymi pielgrzymami.
Nie mogło też zabraknąć przerwy na sardynki zjedzone, a jakże, na plaży, z widokiem na ocean. Do Vila do Conde dotarłyśmy po niecałych siedmiu godzinach, zmęczone, ale spokojne, z poczuciem, że dokładnie tak chciałyśmy rozpocząć tę drogę.

Tego dnia pokonałyśmy ok. 29 km.
Dzień 3 – w głąb Portugalii
Vila do Conde → Barcelos
Kolejnego dnia pożegnałyśmy ocean, a krajobraz zaczął się wyraźnie zmieniać. Trasa prowadziła przez mniejsze miejscowości, pola, winnice i spokojne wsie, gdzie czas płynie wolniej, a Camino staje się bardziej lokalne.

Było więcej asfaltu, więcej słońca i znacznie więcej kilometrów do przejścia. Z tego powodu, podobnie jak pierwszego dnia, ominęłyśmy pierwsze kilka kilometrów wyjścia z miasta, podjeżdżając Uberem do Junqueiry. Podejścia zaczęły powoli dawać o sobie znać, podobnie jak długie odcinki asfaltowych dróg i często przejeżdżające samochody, ale atmosfera Drogi robiła swoje: krótkie rozmowy, życzliwe „bom caminho” i poczucie wspólnego celu.

Barcelos, do którego dotarłyśmy po około ośmiu godzinach marszu, przyjęło nas bardzo ciepło. Po krótkim spacerze po tym uroczym miasteczku, znanym przede wszystkim z legendy o kogucie, który uratował życie niesłusznie oskarżonemu o kradzież pielgrzymowi, delektowałyśmy się portugalskim jedzeniem i vinho verde, usatysfakcjonowane po solidnym etapie i dumne z kolejnych kilometrów za nami.
Tego dnia ponownie pokonałyśmy ok. 30 km.
Dzień 4 – najpiękniejszy odcinek
Barcelos → Ponte de Lima
Odcinek do Ponte de Lima okazał się absolutnie najpiękniejszy na całej naszej trasie. Droga prowadziła przez zielone wzgórza, leśne ścieżki, winnice i kamienne trakty, a zmęczenie zaczęło schodzić na dalszy plan, ustępując miejsca czystej przyjemności z marszu. Choć gdzieś w tle pojawiał się też smutek, że ta droga powoli dobiega końca. To był ten moment Camino, kiedy wszystko zaczynało płynąć swoim rytmem.

Klimat Camino był tu absolutnie nie do podrobienia: serdeczni Portugalczycy życzący „bom caminho”, przystanki z parasolami wystawionymi pod czyimś domem czy małe porcje herbatników przygotowane przez mieszkańców na wypadek, gdy pielgrzymom zabraknie sił.
Nie mogę też nie wspomnieć o jednym z najcudowniejszych miejsc, na które natrafiłyśmy już niedaleko celu naszej wędrówki – O Pressinhas. To rodzinne, prowadzone z sercem miejsce, w którym od progu można poczuć się jak w domu. Dałyśmy się tam ponieść muzyce i energii nowo poznanych brazylijskich pielgrzymów, a potem jadłyśmy najpyszniejsze pomarańcze z sadu właściciela.

Ponte de Lima przywitało nas spokojem i urokiem małego, sennego miasteczka, choć dało się wyczuć w nim także lekko podniosłą atmosferę. Kamienny, średniowieczny most przerzucony nad rzeką Limą wyglądał dokładnie tak, jak można by się spodziewać po jednym z najstarszych miast Portugalii – solidny, nieco surowy, a przy tym niezwykle fotogeniczny. Spacerując wzdłuż rzeki i po wąskich uliczkach starego centrum, miałyśmy wrażenie, że Camino pozwala tu na chwilę zwolnić i odetchnąć po długim dniu.

Podczas naszego pobytu Ponte de Lima ogarnięte było jednak żałobą. Tragicznie zmarł młody mieszkaniec miasteczka i właśnie tego dnia odbywał się jego pogrzeb. W ciszy i skupieniu uczestniczyła w nim niemal cała lokalna społeczność, co nadawało temu miejscu zupełnie inny, bardziej powściągliwy i refleksyjny rytm. Ten moment wspólnego milczenia i solidarności jeszcze mocniej uświadomił nam, jak bardzo Camino prowadzi nie tylko przez krajobrazy, ale też przez prawdziwe życie toczące się tuż obok drogi.
Kończąc ostatni dzień wędrówki w Ponte de Lima, miałyśmy już pełną pewność, że decyzja o Camino była strzałem w dziesiątkę – nie tylko jako wyzwanie fizyczne, ale przede wszystkim jako sposób na bycie tu i teraz.
Tego dnia przeszłyśmy krótszy dystans – zaczynałyśmy w Balugães, aby mieć siłę na popołudniowe odkrywanie Ponte de Lima. Dystans: ok. 28 km.
Dzień 5 – pożegnanie
Następnego dnia wsiadałyśmy do autobusu wiozącego nas z powrotem do Porto, a potem do samolotu lecącego do Polski, z poczuciem, że w głowie zaczyna już kiełkować plan powrotu. Do Ponte de Lima i dalej, krok po kroku, aż do Santiago de Compostela.
Można w to nie wierzyć, ale Droga naprawdę ma w sobie coś magicznego i uzależniającego. Sprawia, że chcesz znów założyć buty i po prostu iść przed siebie.
Do zobaczenia na szlaku.
Buen Camino.

Fot. Małgorzata Ślusarczyk i Aga Szczęsna
Pingback: Camino de Santiago – informacje praktyczne. Koszty, noclegi, trasa