Wstęp
Góry Opawskie odwiedziliśmy w czerwcu 2026 roku. Celem było zdobycie naszego 13. szczytu Korony Gór Polski – Biskupiej Kopy.
Z Wrocławia w jedną stronę to ponad 2 godziny jazdy, więc postanowiliśmy przedłużyć pobyt o nocleg i zobaczyć coś więcej w tym rejonie.
Był długi czerwcowy weekend. Mimo zapchanych terminów znaleźliśmy w całkiem dobrej cenie nocleg w hotelu z basenem i śniadaniem.
Start szlaku w Pokrzywnej
Wyruszyliśmy z Wrocławia około 7 rano. Na miejsce dojechaliśmy lekko po 9. Znaleźliśmy ostatnie wolne miejsce na parkingu. Zaraz po nas ustawił się już rząd samochodów, które zaczęły parkować wzdłuż ulicy.
Wybraliśmy opisany w Google „Parking Pokrzywna – przy ścieżce dydaktycznej”. Jest tam całkiem sporo miejsca, do tego wiaty piknikowe. Parking jest darmowy.

Po chwili ruszyliśmy szlakiem, a naszym oczom ukazała się przepiękna polana z kaplicą w Dolinie Bystrego. To jedno z tych miejsc, przy których warto zatrzymać się na chwilę dłużej. Rozległa łąka otoczona lasem, szum pobliskiego potoku i spokojna atmosfera tworzą naprawdę wyjątkowy klimat. Znajduje się tu sporo miejsca do odpoczynku, są ławki i miejsca na piknik.

Gwarkowa Perć – czy jest się czego bać?
Ruszyliśmy dalej w stronę Gwarkowej Perci. Przed wyjazdem słyszeliśmy o tym miejscu wiele różnych historii. Jedni straszyli trudnym podejściem, inni opowiadali o wysokiej drabince. Rzeczywistość okazała się jednak dużo mniej wymagająca.
Nasze dziewczyny bez większego problemu pokonały zarówno charakterystyczną drabinkę, jak i kilka niewielkich skałek na trasie. Dla dzieci była to wręcz dodatkowa atrakcja i mała przygoda, a nie przeszkoda.
Nie ma się więc czego bać. Wystarczy zachować podstawową ostrożność, szczególnie po deszczu, gdy skały mogą być śliskie. Jeśli ktoś mimo wszystko nie czuje się pewnie, istnieje możliwość ominięcia drabinki alternatywnym przejściem.

Za Gwarkową Percią szlak okazał się przez chwilę słabo oznakowany. Widać było, że nie tylko my mieliśmy problem ze znalezieniem właściwego kierunku, bo kilku innych turystów również krążyło w tym samym miejscu. Intuicja podpowiadała, żeby iść dalej pod górę, tymczasem prawidłowa trasa prowadziła przez krótkie zejście w dół. Warto w tym miejscu zachować czujność i dokładnie wypatrywać oznaczeń, szczególnie jeśli wędrujecie bez nawigacji.
Dodam, że w zasadzie na całej długości trasy internetu praktycznie nie ma albo zasięg jest tragiczny, więc nie róbcie tego błędu co my i pobierzcie sobie mapy offline 🙂 .
Schronisko pod Biskupią Kopą
Po dłuższej wspinaczce dotarliśmy do schroniska pod Biskupią Kopą. Już z daleka było słychać muzykę graną na żywo, co tworzyło bardzo przyjemną atmosferę i dodawało temu miejscu wyjątkowego klimatu.
Przy schronisku znajduje się sporo miejsc do siedzenia, są darmowe toalety oraz dwie pieczątki dla kolekcjonerów. To idealne miejsce na chwilę odpoczynku przed ostatnim etapem podejścia. Skorzystaliśmy z okazji, zamówiliśmy „schabowego” i zregenerowaliśmy siły. Po krótkiej przerwie został nam już tylko finał wycieczki, czyli atak na szczyt Biskupiej Kopy.





Biskupia Kopa – 13. szczyt Korony Gór Polski
Droga na Biskupią Kopę prowadzi wzdłuż granicy polsko-czeskiej i choć nie jest szczególnie trudna technicznie, to cały czas pnie się pod górę.
Na szczycie czeka niewielka wieża widokowa, kilka ławek oraz mały sklepik znajdujący się po czeskiej stronie granicy. Wejście na wieżę jest płatne. Można zapłacić koronami czeskimi lub kartą, więc nie trzeba koniecznie mieć przy sobie gotówki.
Po dotarciu na szczyt przybiliśmy pieczątki do książeczki, zrobiliśmy obowiązkowe zdjęcie przy tablicy szczytowej i chwilę odpoczęliśmy. Cel został osiągnięty, więc pozostało już tylko ruszyć w drogę powrotną.


Powrót przez Jarnołtówek
Na powrót postanowiliśmy zrobić pętlę i wróciliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Jarnołtówka. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć nieco więcej niż podczas klasycznego zejścia tą samą drogą.
Ten odcinek (szlak czerwony) prowadzi jednak dość stromo w dół. Osobiście nie polecałbym pokonywania go w przeciwnym kierunku, ponieważ podejście byłoby dość męczące. Z kolei podczas zejścia mocno pracują kolana, więc osoby mające z nimi problemy mogą odczuć ten fragment trasy.
Po dotarciu do Jarnołtówka wróciliśmy do cywilizacji. Był więc obowiązkowy postój na lody w lokalnym sklepiku, a następnie spacer wzdłuż drogi w kierunku parkingu.
Niestety ten fragment nie należy do najciekawszych. Większość trasy prowadzi w pełnym słońcu, a na części odcinka brakuje chodnika. Na szczęście ruch samochodowy nie był duży, więc bez problemu dotarliśmy z powrotem do auta.

Statystyki trasy


Nocleg w Głuchołazach
Po zejściu ze szlaku ruszyliśmy prosto do hotelu. Na szczęście nawigacja pokazywała zaledwie 8 minut jazdy, co po kilku godzinach w górach było bardzo dobrą wiadomością.
Wybór hotelu padł na Aspen Prime Ski & Bike Resort w Głuchołazach. Hotel od samego początku zrobił na nas bardzo dobre wrażenie. Do dyspozycji gości są dwa baseny, jacuzzi, sauny oraz wypożyczalnia rowerów. Na plus zaliczamy również smaczne śniadania.
Pokój był podzielony na dwa pomieszczenia, dzięki czemu dzieciaki miały swoją przestrzeń, a my odrobinę spokoju po całym dniu wędrówki. Za cały pobyt zapłaciliśmy około 1000 zł.
Po zameldowaniu szybki prysznic i oczywiście kierunek basen. Po kilku godzinach spędzonych na szlaku taki relaks był dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy.


Kolacja w Czechach
Na zakończenie dnia postanowiliśmy wyskoczyć do Czech na kolację. Od hotelu dzieliło nas zaledwie kilka minut jazdy, więc trudno było nie skorzystać z takiej okazji.
Wybór padł na Restaurace U Radnice w Zlatych Horach. Zamówiliśmy klasyki czeskiej kuchni, czyli smażony ser oraz gulasz wołowy z knedlikami. Wszystko było bardzo smaczne, porcje konkretne, a ceny wyraźnie niższe niż w wielu restauracjach po polskiej stronie granicy.
Za posiłek dla czterech osób zapłaciliśmy około 200 zł. Bez problemu można płacić kartą, więc nie trzeba wymieniać gotówki.
Mała wskazówka dla rodzin z dziećmi – mimo że granicę przekracza się praktycznie niezauważalnie, warto pamiętać o zabraniu dokumentów dla dzieci. Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać.

Park Zdrojowy w Głuchołazach
W niedzielę po śniadaniu udaliśmy się do Głuchołaz. Początkowo plan był prosty – krótki spacer i szybka wizyta przy tężni solankowej w Parku Zdrojowym.
Na miejscu okazało się jednak, że park jest znacznie ciekawszy, niż się spodziewaliśmy. To bardzo zadbane i przyjemne miejsce na rodzinny spacer. Dużym plusem jest spora liczba darmowych miejsc parkingowych. Na końcu parku znajduje się kawiarnia oraz darmowe toalety, co dodatkowo podnosi komfort odwiedzin. Już po kilku minutach wiedzieliśmy, że nie skończy się na krótkim postoju.
Na terenie parku znajduje się wiele atrakcji dla dzieci, dzięki czemu najmłodsi na pewno nie będą się tutaj nudzić. Są kładki spacerowe, staw, fontanna oraz mnóstwo zieleni zachęcającej do odpoczynku. Całość sprawia bardzo przyjemne i spokojne wrażenie.
W efekcie nasza planowana krótka wizyta zamieniła się w blisko dwugodzinny spacer. To zdecydowanie jedno z tych miejsc, które potrafią pozytywnie zaskoczyć.




Na koniec przejechaliśmy jeszcze przez okolice rynku w Głuchołazach. W wielu miejscach wciąż widać ślady po powodzi, która dotknęła miasto niedawno. Jednocześnie można zauważyć ogrom pracy włożonej w odbudowę i przywracanie normalnego funkcjonowania miasta.
Spacerując i jeżdżąc po okolicy, z zainteresowaniem obserwowaliśmy postępy prac. Trzymamy kciuki, aby Głuchołazy jak najszybciej wróciły do pełni swojego dawnego uroku.
Zamek w Niemodlinie i daniele
W drodze powrotnej do Wrocławia postanowiliśmy odwiedzić Zamek w Niemodlinie, który był na mojej liście już od dawna.
Już po wejściu okazało się, że czeka tu atrakcja, która szczególnie przypadła do gustu dzieciakom. Po terenie zamku swobodnie spacerują daniele, które są przyzwyczajone do obecności ludzi. Można kupić pokarm i karmić je z ręki. Zwierzaki są bardzo przyjazne i chętnie podchodzą do odwiedzających.
Za bilety dla naszej rodzinki zapłaciliśmy 80 zł, a dodatkowo 2 × 10 zł za pokarm dla danieli. Dla dzieci była to jedna z największych atrakcji całego weekendu.
Sam zamek zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Mimo, że wciąż trwają prace remontowe, jest tu naprawdę sporo do zobaczenia. Widać, że obiekt odzyskuje dawny blask.
Na terenie zamku znajduje się restauracja, sklep z pamiątkami oraz toalety. Można również skorzystać ze zwiedzania z przewodnikiem i poznać historię tego miejsca.
Zamek w Niemodlinie leży około godziny jazdy od Wrocławia, niedaleko autostrady A4. Jeśli będziecie przejeżdżać w okolicy, zdecydowanie warto zjechać na chwilę z trasy. Jestem przekonany, że zarówno dzieci, jak i dorośli będą zadowoleni z wizyty.





Podsumowanie
Jeśli szukacie pomysłu na aktywny weekend na Dolnym Śląsku, to Góry Opawskie są świetnym wyborem. Biskupia Kopa, Gwarkowa Perć, klimatyczne schronisko, relaks w hotelowym basenie, czeska kuchnia i na koniec Zamek w Niemodlinie sprawiły, że był to naprawdę udany rodzinny wyjazd.